Korzenie Siekierek Strona Główna historia pisana losami rodzin Rodziny Siekierkowskie
HistoriaTeleport FotograficznyTeatrFilmMalarstwoRetrospekcje
wybierz mapę
Janowscy, Genowefa i Władysław
(na podstawie wspomnień Joanny Grzelec)

"Władyś" i "Władysiowa"
Franciszek i Józefa Janowscy mieli ośmioro dzieci min. Kacpra, Władysława i Stacha. "Tu był hektar ziemi, na Augustówce było ponad 3 tys. metrów i na Siekierkach w drugim miejscu ponad 2800 metrów, tak więc każdy z dzieci dostał swoją część i tak sobie gospodarzyli" – tłumaczy pani Joanna Grzelec. Zajmowali się głównie rolnictwem, a kobiety trudniły się roznoszeniem mleka "na gospody" najczęściej na ulicę Czerniakowską, ale babcia Genowefa jeździła z mlekiem aż na ulicę Chopina.

Początkowo wszyscy mieszkali w domu przy ulicy Gościniec 37. Później został on przekazany Władysławowi Janowskiemu, a rodzina Franciszka i Józefy przeprowadziła się do domu przy ulicy Gościniec 25. Władysław Janowski (zmarł w 1937r.), nazywany na Siekierkach "Władysiem" wraz z żoną "Władysiową" Genowefą miał dwoje dzieci – córkę Władysławę i syna Wacława (ojca pani Joanny).

Łapanka na Siekierkach
"Jak ja byłem z Wami to Wam się nic nie stało, ale ja wyjeżdżam, nie wiem co będzie dalej" – tłumaczył po polsku dowódca niemieckiego oddziału stacjonującego w szkole na Siekierkach. Bardzo często przychodził do sklepu, w którym pracowała mama pani Joanny Grzelec. Oddział wyprowadził się ze szkoły pod koniec lipca 1944 r., a 1 sierpnia synowie Franciszka i Józefy poszli walczyć w powstaniu warszawskim. Wrócili tego samego dnia, bo nie było dla nich broni. Nowy oddział żołnierzy niemieckich zajął szkołę na Siekierkach.

23 sierpnia 1944 roku Niemcy nakazali wszystkim mężczyznom (powyżej szesnastego roku życia) stawić się na boisku przy szkole. Tym, którzy tego nie zrobili groziło rozstrzelanie. "Mężczyźni przebierali się za kobiety, jakieś grabie w rękę chusta i uciekali. Kiedyś nie było tak jak teraz trawka strzyżona, kiedyś były sady, drzewa, maliny, buraki, i Niemcy sami do takiego ogrodu nie wchodzili, bali się. Pytali tylko "Czy Pan poszedł? Poszedł. To szli dalej" - tłumaczy pani Joanna. Wujek Wacek Baranowski (brat mamy) schował się w krzakach, ale ojciec pani Joanny Wacław Janowski stawił się na boisku. Z Siekierek i Augustówki zgłosiło się ponad 120 mężczyzn. Niemcy zarządzili, że następnego dnia także kobiety z dziećmi mają stawić się w szkole.

Mężczyzn zaprowadzono na Al. Szucha i prawie wszystkich rozstrzelano. Uratowali się tylko piekarze i rzeźnicy, bo takich pracowników potrzebowali Niemcy. To właśnie na placu szkolnym przed szkołą ostatni raz widziano Wacława Janowskiego. Następnego dnia wszystkie siekierkowskie rodziny uciekały w pośpiechu w kierunku Wilanowa. Mama pani Joanny z babcią (wdową od 1941 r.), teściową Genowefą Janowską i bratem Wackiem Baranowskim, wzięli trochę cukru, mąki, krowę do wozu i uciekli w rejon Konstancina Jeziornej i Hyliczek.

Wrzawa na Siekierkach
Pierwszy z wysiedlenia wrócił Wacek Baranowski. Dzięki temu, że posiadał wóz z koniem znalazł zatrudnienie przy odgruzowywaniu zrujnowanej Warszawy. Codziennie dostawał wypłatę. Na początku podkuł konia. "Wie Pani jaka to radość była jak mu się udało konia podkuć na ostro? Jakby wygrał 100 zł na loteri, bo koń mógł normalnie iść i można było bez przeszkód pracować" - opowiada pani Joanna. Wacek wybudował dom. Ściany były na glinie postawione, ale trzymają do dziś. Jedna z nich ocalała i jest częścią komórki stojącej za sklepem spożywczym przy ul. Gościniec.

W marcu do tego domu wróciła mama pani Joanny z córką i synem. Dom został spalony. Nic z zakopanych przed wysiedleniem rzeczy nie przetrwało. Rodzinę powitał pies Ciapek, który jakimś cudem ocalał i lalka malutkiej Joanny Janowskiej (potem Grzelec) leżąca przed ruinami domu. Mama odziedziczyła po teściowej sklep i przeprowadziła się na Gościniec 37. W 1948 roku wyszła za mąż za wdowca Stefana Grzelca, który w czasie wojny przebywał na robotach w Niemczech, ale wrócił do Polski, bo miał tutaj gospodarstwo, rodzinę i syna Ryszarda. Niestety nie ułożyło im się razem i po dwóch latach się rozstali.

Mama pani Joanny wyszła trzeci raz za mąż. Po kilkudziesięciu latach pani Joanna Janowska i Ryszard Grzelec (jako dzieci krótko mieszkali nawet w jednym domu) postanowili wziąć ślub. Na Siekierkach zawrzało. Dwa zwaśnione rody miały się wreszcie połączyć. "Niunia ty się nie przejmuj tymi plociuchami" - tak tłumaczyła pani Joannie babcia Genowefa. I jako jedyna miała racje. Szczęśliwe małżeństwo trwa ponad 40 lat, a na Siekierkach już niewiele osób pamięta historię zwaśnionych rodów Grzelców i Janowskich.