Korzenie Siekierek Strona Główna historia pisana losami rodzin Rodziny Siekierkowskie
HistoriaTeleport FotograficznyTeatrFilmMalarstwoRetrospekcje
wybierz mapę
Janowscy, Cecylia i Władysław
(na podstawie wspomnień Barbary Janiszewskiej)

Piękne czasy
Państwo Janowscy mieszkający w domu przy ulicy Nadrzecznej (Kunegunda i Kacper wraz z córką Kunegundą, późniejszą żoną pana Adamczyka) oraz państwo Sikorowie (Adam i jego małżonka mieszkający w domu przy ulicy Polskiej) będący dziadkami pani Barbary Janowskiej, a także jej rodzice – Władysław i Cecylia (z Sikorów) prowadzili dobrze prosperujące interesy. Janowscy byli właścicielami dużej restauracji. Pracowali w niej Kunegunda, Kacper, Władysław i Stefan. Później zamieniono ją na przedszkole (które "prowadziła babcia i pracownicy"). Oprócz tego ich własnością były dwa sklepy: spożywczy i węglowy. Sikorowie zaś posiadali sklep spożywczy, mieszczący się najpierw przy ulicy Gościniec, później przeniesiony na Nadrzeczną.

Ciężką pracę mieszkańców ówczesnych Siekierek umilały chwile wypoczynku: "rodzice pływali razem po Wiśle, babcia jeździła sobie bryczką, dziadek Kacper Janowski hodował karpie, a dzieci kąpały się w Wilanówce. Zupełnie inne były Siekierki niż w tej chwil, były piękne łąki, pięknie kwiaty, chodziło się na łąkę, zbierało się szczaw, zimą zjeżdżało się z góry na sankach, a dziś co? Nie ma nic, ogródki działkowe, ale to już całkiem coś innego" – opowiada pani Barbara Janiszewska.

Łapanka na Siekierkach
23 sierpnia 1944 roku podczas ulicznej łapanki na Siekierkach Niemcy pojmali ojca pani Barbary – Władysława Janowskiego. "Gdy ludzie się dowiedzieli, że zabierają wszystkich mężczyzn, to dużo mężczyzn uciekło za forty, tam były snopy siana należące do pani Natalii Adamczyk i oni się tam pochowali" – tłumaczy pani Barbara. Dzięki ucieczce ocalał między innymi wuj pani Barbary – Marian Kowalik (mąż Jadwigi Kowalik z domu Sikory), który później otoczył opieką owdowiała panią Cecylię i jej córkę Barbarę.

"Mój ojciec to był zawsze taki odważniak i do mojej mamy żartował, że trzeba iść do fryzjera żeby jak Rosjanki przyjadą ładnie wyglądać." – tłumaczy pani Barbara. U fryzjera Władysława złapali żołnierze niemieccy i zaprowadzili go na zbiórkę do szkoły. "Rodzicom się dobrze powodziło i mama uważała, że ojca wykupi – opowiada pani Władysława – Miała taką całą szkatułkę złota – zabrała ją i razem pobiegłyśmy do tej szkoły prosić Niemca, który stał przy bramie, żeby ojca puścił. Żołnierz mamę odepchnął, szkatułkę zabrał i przepadło. Przyleciałyśmy do domu, gdzie pamiętam, taki duży obraz Matki Bożej był na ścianie, mama ze mną uklękła i zaczęła się strasznie modlić, ale ojca już wywieźli. Duże samochody podjechały, wszystkich załadowali i koniec."

Stefan Janowski, ojciec chrzestny pani Barbary i brat ojca Władysława (obaj byli żołnierzami AK), również nie wrócił tego dnia do rodzinnego domu. Protest przeciwko przywłaszczeniu przez okupantów jednego z koni przypłacił życiem – "pochowaliśmy go tutaj na Polskiej, pod taką jabłoneczką."

Matka Boska na mojej wiśni…
"To chyba było z miesiąc, czy dwa miesiące przed powstaniem, kiedy tej dziewczynce ukazała się Matka Boska. Ludzie zaczęli najpierw sobie szeptać, a to udaje, bo może chce pieniędzy, bo to była bardzo biedna rodzina" - tłumaczy pani Barbara Janowska. Zdarzali się nawet tacy, którzy podczas widzeń kuli dziewczynkę szpilkami aby sprawdzić, czy aby na pewno nie udaje. "A ona, jak jej się Matka Boska pokazywała to brała ołówek i od razu pisała, od razu to co słyszała to pisała." Właścicielka ogrodu, w którym objawiła się Matka Boska, czyli Cecylia matka pani Barbary Janowskiej, upamiętniła miejsce objawień małą kapliczką-gablotką. A po powstaniu, zrobiła murowaną kapliczkę z prawdziwego zdarzenia. Później wyświęcił to miejsce ksiądz Wyszyński. "Po powstaniu ludzie z całej Warszawy zaczęli przychodzić, rwali liście wiśni, parzyli je i pili. Twierdzili, że to im pomaga. Wiśnia bardzo szybko zmarniała" – komentuje pani Barbara.

Wiele lat później, dzięki staraniom księdza Edwarda i wiernych zamieszkujących tereny Siekierek [w tym między innymi męża pani Barbary], marzenie spełniło się. Na działce babci Kunegundy Janowskiej (żony Kacpra Janowskiego, matki Władysława – ojca pani Barbary) stanął kościół. Niestety, pani Cecylia nie zdążyła nacieszyć nim serca. Zmarła (w wieku trzydziestu trzech lat) rok po otrzymaniu z Czerwonego Krzyża wiadomości o śmierci męża w niemieckim obozie pracy. Zachorowała na zapalenie płuc. "Położyła się do łóżka i już nie wstała, chyba taka była zakochana w tacie" – wspomina córka.

Dwa lata temu pani Barbara wraz z córką wujka Stefana Janowskiego zasadziły obok kaplicy kościelnej dwie małe wisienki.